Wszystko się może udać. Potrzeba tylko trochę akceptacji… /Rozmowa z matką. Wywiad 1./

Zapraszamy do przeczytania rozmowy z matką, która w 2017 roku odzyskała swego syna, po jego ponaddwuletnim pobycie – najpierw w pogotowiu opiekuńczym a potem w domu dziecka.
Brali oni oboje udział w projekcie Więzi odNowa, realizowanym przez Fundację Zielone Wzgórze w latach 2016-2017. Projekt był dofinansowany ze środków Programu FIO i miał na celu wsparcie rodzin w kryzysie i pomoc w reintegracji rodziny.

Gdy dwa lata temu rozmawiałyśmy byłaś na etapie walki o syna. Jak postrzegasz siebie z  tamtego okresu?

Sama się dziwię, jakie to było ciężkie. To była jedna z najcięższych rzeczy w moim życiu. Wymagało to ode mnie bardzo dużo siły.

Skąd wzięłaś tę siłę?

Nie wiem. Nie jestem w stanie tego powiedzieć. To chyba samo przyszło. Chciałam, żeby dziecko było ze mną w domu i taką siłę miałam. Udało się.

Jak się czujesz teraz?

Odkrywam wszystko na nowo, swoje macierzyństwo… Podoba mi się to, że jesteśmy razem.

Co odkryłaś w sobie?

Że jestem cierpliwa, że potrafię iść na kompromis.  Kiedyś miałam jakieś wyobrażenia, ale rzeczywistość była inna. Teraz mówimy sobie z synem wiele rzeczy, nie ukrywamy nic jeśli chodzi o uczucia. Na przykład gdy się zdenerwujemy, czy zezłościmy. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że tak można.  Teraz gdy się pokłócimy i  jakieś emocje nami zawładną to potrafimy o tym rozmawiać. I później się godzimy.

Kiedyś tak nie było?

Nie było. Jak się pokłóciliśmy to temat był już zamknięty.

Co trzeba zrobić, żeby osiągnąć takie relacje?

Na pewno rozmawiać i uważnie patrzeć na drugiego, starać się dostrzec co on czuje; zwykle widać jak ktoś jest zdenerwowany, smutny, czy obrażony… I nie oceniać.  A gdy coś opowiada, nie mówić: „…mogłeś to zrobić inaczej….”

Jak teraz wygląda Wasza codzienność?

Fajnie! Nie spodziewałam się nawet, że to będzie tak wyglądać. Na początku, po jego powrocie do domu, była widoczna jego agresja. Sprawdzał mnie, czy na pewno go kocham. Czy może go wzięłam tylko na trochę… i będzie musiał wrócić do domu dziecka. Później to się zmieniło. Uspokoiło się jak już był pewien.
Pracuję na trzy zmiany a syn chodzi do szkoły. Jak jestem w pracy przychodzi więc babcia, żeby nie był sam w domu.

Te pierwsze dni były trudne?

Pierwsze miesiące nawet, pół roku…  To było z jego strony takie sprawdzanie.

Był jakiś przełom?

To było etapami… Jak mu na przykład zabroniłam czegoś, oburzał się bardzo, mówił, że wróci tam gdzie był. Cały czas musiałam zapewniać, że go kocham. On tego chciał, potrafił co parę minut się pytać… W szkole były na początku bójki, agresja. Teraz już nie. Wszystko powoli się wyciszało, teraz jest zupełnie inaczej. Nawet to jego leczenie ADHD zostało zakończone i leków nie bierze. Jest bardzo ruchliwy, ale to dobrze. Natomiast wybuchów złości nie ma już zupełnie.

Czy chciałabyś opowiedzieć jak Ci się udało odzyskać syna?

Tak, bardzo chętnie.
Napisałam wniosek do sądu o zmianę ograniczenia władzy rodzicielskiej (z umieszczenia w placówce na nadzór kuratora). Sąd wyznaczył sprawę, na której musiały być przedstawione jeszcze różne dowody, opinie. Byłam badana przez biegłego psychologa. Później czekałam na tę jego opinię strasznie długo. Powinna być gotowa w ciągu trzech tygodni; taka jest zasada. A ciągnęło się to miesiącami. Ciągle dzwoniłam do sądu. Nie było i nie było. Złożyłam zażalenie na biegłego. I wciąż nic się nie działo. Dzwoniłam do sądu często, przynajmniej dwa razy w tygodniu i nic z tego nie wynikało. Dzieciak tkwił w placówce.

Pamiętam, że w naszym wywiadzie sprzed dwóch lat opowiadałaś, że byłaś przy synu w domu dziecka  ile tylko mogłaś… Ale nie byli Ci tam szczególnie przychylni…

W ogóle nie byli mi przychylni.

Kiedy były trudne chwile, miałaś kogoś bliskiego, żeby pogadać o tym?

To tylko z panią Anią z Fundacji, bo kuratorka przychodziła raz na jakiś czas i patrzyła na takie rzeczy jak bycie trzeźwym albo czy dziecko w czasie urlopowania w weekend ma co jeść. To tylko na tym polegało. Nawet gdyby coś mnie niepokoiło to bałabym się mówić cokolwiek kuratorce, że zinterpretuje to jako coś słabego, że sobie nie daję rady.

A jakieś koleżanki, ktoś z rodziny?

Nie, nie mam za bardzo koleżanek, a w pracy nie rozmawiam do tej pory o tym co się u mnie działo. Wszystko więc sama.
Co mnie tak osobiście bolało, to że większość ludzi była po prostu przeciwko mnie. Tak bardzo przeciwko, że to było straszne.

Oceniali?

Tak, mówili mi to wprost. Nie wszyscy, ale dużo, dużo osób.

Opowiedz jak wyglądał dzień powrotu syna do domu.

To było na początku września. Wracałam z pracy. Zadzwoniła do mnie pracownica z domu dziecka, i spytała kiedy bym mogła przyjść, bo jest ważna rzecz do omówienia.
Pytam: „Co się stało?”  Nie chciała powiedzieć przez telefon.
Jak pani jest zmęczona po nocnej zmianie to niech pani nie przyjeżdża”.
„Przyjeżdżam” mówię.
W domu dziecka wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli, ale … nawet byli uprzejmi. Jeden wychowawca, który dotychczas nie był zbyt miły dla mnie, wtedy powiedział mi „Dzień dobry” i się uśmiechnął. A ja nie wiedziałam o co chodzi…
Czułam, że się coś dzieje,  byłam zaniepokojona. Weszłam do pokoju, gdzie mnie zaproszono. Była tam grupa kobiet: dyrektorka, pedagog, wychowawczyni. Mówią, że przyszło pismo z sądu, że mój syn w trybie natychmiastowym ma być zabezpieczony u mnie w domu. Wyrok musi się jeszcze uprawomocnić w ciągu czternastu dni.
Szok. Nie mogłam uwierzyć.
Piętnastego września, w piątek przyjechałam po niego. Już był spakowany, dostał pamiątki od dzieci. Wezwaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do domu. Dopiero w taksówce zaczęły mi płynąć łzy.

Co zapamiętałaś z tych pierwszych chwil w domu?

Musieliśmy rozpakować jego rzeczy, bo trochę ich miał, znaleźć jakieś miejsce. Teraz w zasadzie już ma bardzo mało pamiątek po domu dziecka i po pogotowiu opiekuńczym. Nie chcieliśmy mieć tych rzeczy dużo. Musieliśmy się ich pozbyć, żeby mieć ich jak najmniej. Piłkę z podpisami zostawiliśmy, to jest jego, ale ubrań nie chcieliśmy mieć.

Jak widzisz siebie w tym co się wydarzyło?

Aż głupio to powiedzieć, ale wszystko wyszło na plus… Dzięki temu przez co przeszłam, dzięki terapii, dużo rzeczy zrozumiałam. Zaczęłam sama siebie odkrywać, swoje emocje. Wcześniej nigdy o czymś takim nie rozmawiałam, czy z dzieckiem, czy z kimkolwiek. U mnie w domu rodzinnym, w dzieciństwie to był wielki wstyd – mówić o uczuciach.  Jeśli płakać to tylko pod kołdrą. W mojej rodzinie nie rozmawialiśmy właściwie w ogóle. Myślałam, że to co czuję to jest tylko moje. Że żadnej rozmowy być nie powinno.

Nie wiedziałaś, że można w ten sposób?

Nie, nie miałam pojęcia. Nauczyłam się i bardzo się z tego cieszę.

Teraz rozmawiasz z synem o uczuciach?

Teraz codziennie… Co nas cieszy, co martwi; o wszystkim.

Czyli to wielka zmiana w Tobie?

Tak. Kiedyś wydawało mi się, że dobra relacja polega na tym, że ma nie być żadnej kłótni. A to wcale nieprawda, kłótnie też są i mimo wszystko zawsze coś z nich dobrego wynika.

Jakbyś podsumowała Waszą historię?

Skończyła się dobrze, bo ja siebie zmieniłam. Chciałam to zrobić. Dobrze jest mieć chociaż jedną osobę, która wesprze. Jak przyszłam do pani Ani to się strasznie wstydziłam. Ale jak powiedziałam co i jak – to ona nie zareagowała, w ogóle… Bardzo się zdziwiłam, bo wszyscy: „O Boże, co to teraz będzie!”. A tutaj było takie bardzo neutralne podejście, pierwszy raz się z tym spotkałam, pierwsza taka osoba, która w ogóle mnie nie oceniła, tylko po prostu była. To było dla mnie ważne i dało taką siłę.

Wiem, że dużo matek chce odzyskać dzieci a takiej siły nie ma.

Osoby w placówkach, moim zdaniem, powinny bardziej wspierać rodziców. Potrzebne proste słowo: „Będzie dobrze”. Startowałam nawet nie z poziomu zero, tylko z minusowego, na którym się znajdowałam.

Co myślisz o przyszłości?

Zostało mi półtora roku spłaty zadłużenia, chcę zamienić mieszkanie na większe, ponieważ teraz mieszkamy z synem w jednym pokoju.

Chcę jeszcze powiedzieć, że wszystko się może udać.
Na początku miałam wrażenie, że mój syn już do domu nie wróci. Że ja już tego nie naprawię, że się po prostu nie da. 
A jednak można. Potrzeba tylko trochę akceptacji.

Wywiad przeprowadziła Matylda Borczyńska w ramach projektu Więzi odNowa – Powrót, realizowanego przez Fundację Zielone Wzgórze w partnerstwie z Uniwersytetem Łódzkim, dofinansowanego ze środków Programu FIO.

Wcześniejszy wywiad z tą matką, przeprowadzony w ramach naszego poprzedniego projektu, gdy jej syn był jeszcze w placówce, można przeczytać w książce Więzi odNowa, wydanej przez Fundację Zielone Wzgórze w 2017 roku. Wywiad nosił tytuł: Żałuję, że nie odwołałam się od decyzji sądu. Rozmowa z Winetą, w jej III części pt. Droga do domu. Imię mamy zostało wtedy zmienione ze względu na to, że była ona w trakcie walki o dziecko i dalszy bieg wydarzeń był trudny do przewidzenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.