Więzi odNowa – autentyczne historie

Owocem projektu Więzi odNowa jest publikacja dotycząca problematyki więzi. To wspólne przedsięwzięcie osób zaangażowanych w Projekt. Publikacja jest oparta na autentycznych opowieściach, na rozmowach i wywiadach z uczestnikami, z rodzicami, opiekunami, wychowawcami, z osobami wychowanymi poza rodziną biologiczną, ze specjalistami pracującymi  z dzieckiem i z rodziną. Ukazuje w szerszym kontekście ich losy, przeżycia i refleksje. Zapraszamy do współtworzenia dalszego ciągu książki „Więzi odNowa” wszystkie osoby chcące  podzielić się swymi przeżyciami i doświadczeniami dotyczącymi  tematyki Projektu.  W szczególności zwracamy się do:

• Wychowanków innych osób niż rodzice biologiczni
• Rodziców adopcyjnych
• Rodzin zastępczych
• Rodziców, których dzieci przebywają w pieczy zastępczej lub w adopcji
• Pracowników z obszaru pomocy rodzinie i pieczy zastępczej.

Tu na stronie zamieszczamy na bieżąco niektóre nadesłane do nas relacje i fragmenty wywiadów, skonsultowane z autorami.

Wracając robiłem zakupy: chleb i coś do chleba. Ojczym nigdy nie wiedział, że to jedzenie jest z pieniędzy, które zarobiłem, tylko mama wiedziała. Mówiła mu, że przynoszę jedzenie z TPD. Wcześniej też trochę dorabiałem, w sklepie warzywnym, ważyłem ziemniaki. I często się zdarzało, że jak byłem już „po pieniądzach” to mama mnie prosiła, żebym wziął „na kreskę” u tego faceta co dorabiałem, choćby puszkę paprykarzu, bo faktycznie nie było co jeść. Do sklepu byliśmy wysyłani z karteczką, gdzie było napisane: „poproszę piwo, flaszkę, papierosy i cztery paczki chipsów”. Długi rosły. Kiedyś poszedłem po chleb, a pani, która tam pracowała powiedziała: „przykro mi, ale nic już wam nie dam”.
Z moimi trzema siostrami dzieliliśmy się bułką tartą.
Nocami słyszałem różne rzeczy… Miałem problemy z zasypianiem.. To był natłok różnych myśli… Analizowałem co się dzieje w domu. Czasem to chciałem ojczymowi wbić „kosę” w plecy.
Miałem dość, większość dzieciństwa miałem zmarnowane, a chciałem jeszcze trochę z tego skorzystać. Wiedziałem też, że jak skończę osiemnaście lat i wyjdę z tego domu, to wszystko co ja mam teraz, czyli to lanie, to nękanie psychiczne, fizyczne, patrzenie jak mama dostaje po twarzy będzie udziałem moich sióstr.
I pociągnąłem siostry za sobą.
To było tak..: Przed moją ostatnią lekcją, zawołała mnie pani pedagog. Jak wszedłem do jej pokoju – siedzieli tam już ludzie z pogotowia opiekuńczego oraz dyrektor szkoły i powiedziano mi, że moje siostry czekają w aucie i żebym poszedł po swoje rzeczy. Wtedy wybuchłem taką radością, że chciałem już wybiec, ale powiedzieli, że nie pójdę sam, że pójdą ze mną. Najprawdopodobniej bali się, że ucieknę… Kiedy wsiadłem do samochodu moje siostry były zapłakane.
Trafiliśmy do placówki, było przeszukanie, potem kąpiel; ciuchy dostaliśmy czyste, placówkowe. Moja najmłodsza siostra weszła pod natrysk i zaczęła spod niego uciekać, bo nie wiedziała co się dzieje. To był taki bezcenny widok, wzruszający.
Po pierwszej nocy w placówce rano dostałem telefon od mamy, czy jestem zadowolony z tego co zrobiłem; była zapłakana. Przez pierwszy okres nie rozmawiałem ani z mamą, ani z ojczymem. Siostry też jakby miały do mnie żal…
Po siedmiu dniach moje siostry miały zostać przewiezione do filii pogotowia opiekuńczego, a ja miałem zostać. Złapałem strasznego doła, w szkole nie byłem sobą. Ale moja wychowawczyni zapytała co się dzieje i potem się okazało, że mam się pakować i że jadę z siostrami. Byłem szczęśliwy.
Tam inaczej wyglądało, nie było krat w oknach, drzwi nie były zamykane na klucz, nie musieliśmy spać przy otwartych na oścież drzwiach, gdzie wychowawcy chodzili po holu i każdy szelest było słychać.
W tej drugiej placówce spędziliśmy sporo czasu. Z mamą zaczęły się trochę odbudowywać relacje. Pamiętam jak weszła do mnie na grupę… Przyszła z ojczymem. Bałem się, ale podszedłem. Dopiero wtedy poczułem zapach tej wilgoci, jaką byliśmy zawsze przesiąknięci. To był strasznie przykry zapach, trudny do wyeliminowania, rzeczy wzięte z domu musiały być w placówce wielokrotnie prane i wietrzone.
Ale początki w placówce były ciężkie, bo mama mnie nienawidziła. Za to, że puściłem parę z ust i że zabrali też moje siostry. A przedtem w domu byłem zastraszany, mówili mi, że jak zabiorą mnie do placówki to nie będę miał rodziców. Mówili, że nikt nie może się dowiedzieć co się dzieje w domu. W pewnym momencie zrozumiałem, że nie mogę tak dawać się zastraszać jak mama.
Dzięki mamie nauczyłem się paru rzeczy… Ona była kobietą, która nie potrafiła przyjąć pomocy, była bardzo zamknięta. Zrozumiałem, że nie można bać się prosić o pomoc. Jeśli ktoś mi oferuje pomoc, to nie muszę przyjmować jej całej, ale jakąś część. Korzystam z tego bardzo często. Przedtem byłem zamknięty w sobie, popadłem w depresję. Moja siostra opowiadała, że wchodziła do pokoju, coś mówiła, a ja nic, patrzyłem się przed siebie, nic nie odpowiadałem. Osobą, która mi pomogła była pani psycholog w placówce; śmiała się jak tylko z daleka mnie widziała. W pewnym momencie zacząłem lubić z nią rozmawiać, bo mi się robiło lżej na sercu. Wchodziłem do niej na dziesięć minut, po jakąś kartkę, a wychodziłem po trzech, czterech godzinach.
Długi czas nie miałem kontaktu z mamą, ale w końcu zaczęliśmy się spotykać. Z ojczymem też próbowałem rozmawiać, ale znów zaczął mi ubliżać, w placówce, przy siostrach. Wtedy w sumie przestałem się bać. W placówce powtarzali mi jedno: „Ty jesteś u siebie, oni są gośćmi. Nie masz ochoty się z nimi widzieć, wstań, wyjdź. A jeżeli coś będzie źle to zostaną wyproszeni”. Wtedy przestałem się bać ojczyma. Naprawdę przestałem się bać. To był pierwszy taki moment, kiedy mogłem mówić patrząc mu w oczy i nie bać się, że mnie uderzy. To było cudowne. Będąc w domu, a nawet będąc jeszcze w szkole, wiedząc, że ojczym jest w domu miałem takie odczucie, którego nienawidziłem. Zawsze objawiało mi się to w nogach, takie dziwne uczucie, takie miękkie się robiły. Długo to trwało.
Z mamą miałem nieraz różne starcia, choć zawsze starałem się być spokojny. Ją najbardziej denerwowało gdy prosiłem: daj sobie pomóc. Ludzie w placówce też jej to proponowali. Ale ona ciągle szukała wymówki, żeby zostać przy ojczymie. Bo mieli wspólne dzieci, wspólne długi… Bała się go. Dlatego też przychodziła do mnie wcześniej, a jak on przychodził do moich sióstr to ja uciekałem do siebie i koniec naszego spotkania. Z nimi siedzieli oboje, bo do dziewczyn ojczym nic nie miał, ale ja byłem wrogiem numer jeden.
Ponad rok byłem w pogotowiu opiekuńczym, a do domu dziecka trafiłem dopiero po śmierci mamy, przed osiemnastką. I siedziałem tam ponad trzy lata.
Moja relacja z mamą zaczęła się poprawiać dopiero po jej śmierci… Moja młodsza siostra mówi: „Pamiętasz, jak byłeś chory i mama przyszła i przyniosła ci słodycze? Mama mówiła wtedy: tylko cicho, bo tata nie może się dowiedzieć…”. Z jednej strony robiło mi się ciepło na sercu, a z drugiej przykro, bo on jej narzucił zakaz. Zakaz spotykania się ze mną, i musiała się go trzymać, bo inaczej miałaby awantury..
Mama uległa wypadkowi. Potrącił ją samochód na pasach. Dowiedziałem się, że na drugi dzień miała wyznaczoną rozmowę z sędzią na mój temat. A nie chciałem wrócić do domu i w sumie nie miała mi już tego za złe, nawet chciała mi w tym pomóc. Tylko nie udało jej się, doszło do śmiertelnego wypadku. Ja i jedna z moich sióstr zostaliśmy sierotami.
Mi groziło schronisko dla bezdomnych, bo już miałem skończyć osiemnaście lat.
Ale znalazło się miejsce w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Przewieźli tylko mnie, wszystkie siostry zostały w pogotowiu. Mnie przewieźli w maju, moją siostrę, która była wiekowo po mnie przewieźli do mnie w październiku. Po jeszcze jakimś dłuższym okresie dołączyły do nas dwie pozostałe; w ich przypadku postępowanie musiało trwać dłużej.

Po śmierci mamy sądziłem się z ojczymem. Toczyło się postępowanie o znęcanie fizyczne i psychiczne nade mną. Pierwszy wyrok to było osiem miesięcy w zawieszeniu na dwa lata, ale złożył apelację. Na apelacji byłem przez sędziego przesłuchiwany przez trzy godziny. Był przy tym ojczym i jego adwokat. Pytania adwokata tylko pogrążały jeszcze ojczyma. A ja naprawdę się nie bałem, bo wiedziałem, że nic mi nie grozi. Już nic nie mógł mi zrobić. Sędzina chciała to załatwić ugodowo, że podamy sobie ręce, on mnie raz na jakiś czas zaprosi na obiad. Po chwili zastanowienia nie byłem temu przeciwny, ale on stwierdził, że nie. Sędzina zaproponowała żebym wytoczył postępowanie przeciwko niemu co do tego czasu kiedy z nim mieszkaliśmy, ale już tak żal mi było tego człowieka i też myślałem o moich siostrach, które jeździły do niego na urlopowania. Po śmierci mamy tylko on im został. Nie wycofałem tego co powiedziałem, ale tego drugiego postępowania nie zaczynałem. Chciałem tylko, żeby zrozumiał swój błąd. Ale tak się nie stało. Zdarza się jeszcze, że słyszę jak gdzieś mi ubliża, ale już się tym nie przejmuję.
On walczy, żeby siostry wróciły do domu, słyszałem że remontuje mieszkanie. Na razie przyjeżdżają do niego na weekendy, święta.
Z tego co wiem teraz ma duże szanse, żeby wróciły. Siostry twierdzą, że dobrze się stało, że są w domu dziecka i nie chcą do ojczyma jeździć. Nasłuchałem się różnych rzeczy od sióstr. O tym nikt nie wie w placówce. Jeżeli dziecko alarmuje, że nie chce jechać do domu to coś to znaczy. To nie jest brane pod uwagę, nikt tego nie zbadał w żaden sposób, tylko było „Jedźcie do domu, będzie dobrze”. Mimo, że najmłodsza siostrzyczka protestowała. Poszedłem do wychowawcy i zadałem mu to pytanie: dlaczego nikt nie sprawdzi tego. Bo to co mi mówiły siostry musi zostać między nami, one mi to powiedziały w zaufaniu. My w placówce musieliśmy trzymać się razem, ale ja wiem, że w domu się działy przykre rzeczy.

Wyprowadziłem się z placówki w maju, teraz przeszedłem okres próbny i zostałem skreślony z listy. Ten okres to była trudna droga. Wynajmowałem mieszkanie, zostałem wyrolowany przez właściciela. Bez prądu żyłem, pracy nie miałem przez jakiś czas, więc było bardzo ciężko, ale dałem radę. Potem zamieszkałem w drugim, też wynajmowanym mieszkaniu. Spotykam ludzi, którzy mi pomagają. Teraz trafiła mi się okazja wykupienia mieszkania, za odstępne, mógłbym zrobić tam sobie remont. Raczej tak zrobię, wątpię, żebym przyjął mieszkanie od miasta z tego względu, że tutaj mam lepsze warunki i to jest tylko moje. Sąsiadów też mam wyśmienitych, wolę to niż takie mieszkanie z placówki, gdzie się okaże, że wszędzie meta i melina.
Plan awaryjny to, że wyjadę za granicę do pracy, do Anglii albo Holandii..
Planuję zostać kierowcą zawodowym na samochody ciężarowe do trzech i pół tony Wysłałem cv, zostałem przyjęty. Kocham to, a alkohol mi nie smakuje.. Często też znajomi dzwonią, żebym kogoś zawiózł, jestem wtedy w stanie rzucić wszystko, bo wiem, że pojadę samochodem.
Prowadziłem bloga, jakiś czas temu, tylko, że laptop mi ukradli w placówce. Nie miałem się jak logować, więc mój blog został usunięty przez administratora. Z jednej strony się cieszę, bo popełniłem błąd pisząc ciągiem. Teraz piszę od nowa i porobiłem rozdziały. Chcę go napisać, pokazać, że mimo złego traktowania w życiu przez rodziców i przez rówieśników, można to przełamać. Będę tam opisywał sytuację, która była w domu, później tę w placówce oraz swoją obecną. Szczególnie w naszym mieście jest dużo takich rodzin, gdzie są tragedie ze względu na duże bezrobocie. To co się dzieje to tylko cztery ściany wiedzą. Chciałbym, żeby ludziom włączało się, że są ofiarami przemocy. Ja też byłem zastraszany. Można jednak z tego wyjść, zyskać lepsze życie.
Podchodziłem do nowego bloga kilka razy, nie mogłem zacząć.
Teraz postanowiłem, że za każdym razem jak będę miał pięć tysięcy słów – będę wrzucał. Brakuje mi 2 tysięcy. Czasem wpadam w taki ciąg, że potrafię pisać kilka godzin i zastaje mnie późna noc. Ale czasem potrzebuję przerwy, zwłaszcza jak mi się przypominają różne zdarzenia z mamą ….
Planuję też napisać książkę.

Teraz tak myślę.  Wtedy robiłam wszystko by go odzyskać. Do pewnego momentu…. Dopóki nie powiedziano mi, że jak nie odpuszczę zabiorą mi też młodszą córkę. Takie dostałam ultimatum… A jakbym straciła także Mirkę to już nie miałabym po co żyć…
Gdy Daniel przebywał w domu dziecka, nie pozwalano mi na widzenia. Dzwoniłam, jak tylko mogłam, ale nigdy nie dali mi go do telefonu, zawsze było, że gra, kąpie się, odrabia lekcje… Do tej pory nie wysłali mi jego zdjęcia, a odkąd go zabrali to już trzy lata. Przecież mają jakieś zdjęcie na pewno. Na maila mogliby przysłać, to bym sobie wydrukowała.
Myślałam, że Daniel jest za granicą. Był szykowany do adopcji. Małżeństwo z zagranicy to był trzecia, czy czwarta rodzina z kolei, która zgodziła się wziąć Daniela. Pierwsza po jednym spotkaniu z nim stwierdziła, że go nie chcą. Z drugą rodziną przez jakiś czas się spotykał… Wiem też, że w jednej rodzinie był przez jakiś czas, ale go oddali. Ośrodek mnie nie informował, ale ja się dowiedziałam.
Teraz wiem, że jest w naszym mieście. Skąd wiem? Bo mój mąż go widział, dwa miesiące temu. Daniel szedł z grupą dzieci i z jedną albo z dwiema wychowawczyniami. Daniel próbował podejść, ale pani go powstrzymała, nie mogła przecież wiedzieć, że to tata Daniela.
Pytałam męża, czy jest pewny, że to był Daniel. On na to: „Daniela poznam wszędzie”. Z tym, że teraz ma długie włosy jak dziewczynka i kolorowe oprawki okularów.
Nie wiem nawet czy mam szanse jeszcze starać się o cokolwiek…
Ani nawet czy bym zdecydowała się starać np. o częściowe przywrócenie władzy rodzicielskiej…
Wtedy jak szedł do adopcji zastanawiałam się nad tym… Wiedziałam, że musiałabym wystąpić o unieważnienie adopcji, o przywrócenie częściowej władzy. To mogłoby trwać latami. Zdecydowałam, że odpuszczę.  Że tak będzie dla niego lepiej.
A teraz, jak dowiedziałam się, że do żadnej adopcji nie poszedł?
Gdziekolwiek teraz jest, jeśli wyrwę go z tego miejsca – będzie to kolejna zmiana. Z tego co wiem nie byłoby to korzystne po tym co już przeszedł.
Podejrzewam, że jest gdzieś w jakimś domu dziecka tutaj, skoro mój mąż go widział.
Z jednej strony chciałabym mieć z nim kontakt, bo to moje dziecko, mój syn… Ale boję się, że mogę przez to zniszczyć życie dzieciakowi. Nie wiem czy w ogóle podołalibyśmy wychowaniu jego po tym wszystkim…
Będzie mnie pamiętał, mojego męża, Mirkę, bo miał sześć lat jak go zabierali. Może zatrze mu się obraz, ale będzie wiedział, że ma prawdziwą mamę, tatę i siostrę. Nie adopcyjnych, ale prawdziwych. Myślę, że kiedyś będzie szukał, dowie się dlaczego tak się to wszystko potoczyło…

Gdy się związałam z moim obecnym mężem Daniel miał 3 lata a Mirka dziesięć miesięcy. Dla niej to jest tata, tak do niego mówi. Zresztą Daniel też do mojego męża mówił „tata”, sam z siebie zaczął tak mówić do niego, mimo, że ja mu mówiłam „to jest wujo”.
Mirka zawsze była ze mną, nigdy nie była zabrana.
A Daniela zabierali mi dwa razy… Pierwszy raz to było tak:
Zaszłam w ciążę gdy miałam 16 lat. Mieszkałam wtedy już z moim partnerem. Uciekłam od matki – tam był tylko alkohol, wciąż nowi partnerzy matki, przemoc wobec mnie.
Jak tylko się dowiedziałam się, że jestem w ciąży rzuciłam nałogi ..
Mój partner bił mnie. Żeby mi nie zabrali dziecka – zamieszkałam z dzieckiem w Domu Samotnej Matki. Miałam  tam być osiem miesięcy. Byłam trzy.
Któregoś dnia przyjechała kuratorka do DSM, do mnie, kazała otwierać drzwi  i powiedziała, że zabiera mi Daniela. To była kuratorka mojej matki, znała mnie dobrze.
Okazało się, że moja matka, która opiekowała się wtedy w domu dwójką swoich synów – moich młodszych braci, tak bardzo ich zaniedbała, że przyjechała policja i zabrała te dzieci. Dopatrzono się wtedy, że moja matka ma jeszcze jedno dziecko – najstarsze – czyli mnie. I odnaleziono mnie w tym domu samotnej matki,  zabrano mnie stamtąd do domu dziecka a mojego syna do innego domu dziecka – dla małych dzieci.
Parę dni po tym dowiedziałam się, że tak naprawdę nie mieli prawa tego zrobić bo ja już przecież byłam w ośrodku. Byłam nieletnia, ale ze względu na to, że nie mieszkałam już w patologicznym domu z matką -alkoholiczką,  to nie mieli prawa mi zabrać dziecka. Dlatego przecież schroniłam się w domu dla samotnych kobiet z dziećmi..
Nie mieli prawa nas rozdzielać. Nawet jeżeli kuratorka chciała mnie zabrać stamtąd to powinna zapewnić nam taki ośrodek, gdzie moglibyśmy być razem, żebym ja była z dzieckiem. A ona nas rozdzieliła.
Najpierw Daniel był dwa tygodnie w domu małego dziecka, a potem w pogotowiu rodzinnym. Prowadzący pogotowie bardzo szli mi na rękę i pozwalali mi odwiedzać dziecko kilka razy w tygodniu.  Po ośmiu miesiącach odzyskałam dziecko z powrotem. Sama, bez pomocy kogokolwiek. To wymagało pracy z mojej strony, bo ja jeszcze chodziłam do szkoły, mieszkałam w domu dziecka. Musiałam organizować sobie czas, żeby iść do szkoły, potem odwiedzać Daniela i chodzić na różnego rodzaju zajęcia, które sąd mi nakazał, jako nieletniej. Naprawdę – poświęciłam swoją młodość..
A potem musiałam rozstanie z synem przeżyć po raz drugi. Tym razem rozstanie definitywne. Daniel był ze mną 5 lat. Były z nim ogromne problemy wychowawcze. Miał stwierdzone ADHD, zaburzenia opozycyjno-buntownicze, piromanię … Robił rzeczy, których większość dzieci nie robi. Był leczony, hospitalizowany. Nie dawaliśmy rady. Szukaliśmy pomocy. Staraliśmy się o umieszczenie go w szpitalu psychiatrycznym w Warszawie. Nie zdążyliśmy. Asystentka rodziny, którą mieliśmy wystąpiła o odebranie nam Daniela. I tak się stało. Byliśmy oskarżeni o przemoc wobec niego. A potem dostałam to ultimatum. Albo odpuszczam sobie walkę o Daniela albo zabiorą mi także Mirkę. Odpuściłam. Od tego czasu minęły trzy lata. Trzy lata temu ostatni raz widziałam Daniela.
Teraz jakie mam plany? Muszę uporządkować parę spraw finansowych..
Dużo dla mnie znaczy, że właśnie dostałam umowę na cały etat.
Prawko muszę dokończyć, bo zaczęłam jeszcze jak był Daniel, ale ludzie bali się z nim zostawać, nawet moja babcia nie chciała.  Po tym jak jej gaz odkręcił, powiedziała, że się boi.
Nie miałam z kim go zostawić, z dzieckiem przecież na egzamin nie pójdę, a teraz teoria już nieważna.
A jak chodzi o Daniela, chciałabym dowiedzieć się gdzie jest i czy wszystko w porządku…

W 2005 r. urodziłam córeczkę. Zaraz po urodzeniu przeszła zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych.  Dbałam o nią i leczyłam w poradni specjalistycznej. Wyszła z niepełnosprawności. Mój partner – jej ojciec był przemocowy. Nadal żadnego wsparcia w rodzinie nie miałam. Byłam bezdomna, tułałyśmy się po schroniskach dla ofiar przemocy, dla bezdomnych kobiet i dzieci…

Sama wpadłam w alkohol; nie radziłam sobie. Gdy moja córeczka miała 5 lat odebrano mi ją i umieszczono, tak jak mojego starszego syna,  w rodzinie zastępczej – u mojego ojca (który mnie kiedyś porzucił) i jego drugiej żony. To ona formalnie została rodziną zastępczą dla mojej córeczki; w ten sposób udało się sądowi obejść przepis nie pozwalający zostać rodziną zastępczą komuś kto jest pozbawiony praw rodzicielskich do własnego dziecka.

Po śmierci mojego ojca, który się po prostu zapił, dzieci znalazły się w rodzinie zastępczej u mojej przyrodniej siostry – na drugim końcu Polski.

Obecnie od trzech lat nie piję, przeszłam terapię, pragnę odbudować kontakt z dziećmi, przede wszystkim z córką, która była ze mną przez pięć pierwszych lat swojego życia. Bardzo ją kocham i tęsknię. Nie widziałam się z dziećmi od ponad dwóch lat

Jestem na razie bez szans. Siostra ogranicza moje kontakty z córką, nie dopuszcza do rozmów telefonicznych. Nie mam pieniędzy by do niej jechać i tam wynająć na kilka dni jakiś pokój. A siostra mimo, że przyjeżdża tu często do swojego rodzonego brata to mnie nie odwiedza nigdy. Nie przyjdzie – bo mieszkam w strasznych warunkach.  Mam pokoik do którego wchodzi się z korytarza wspólnego z zakładem fryzjerskim; hałas, zaduch papierosów.. W mieszkaniu wilgoć i grzyb. Nie mam pralki, a lodówka i kuchenka ledwo działają. Ogrzewanie jest b drogie, bo elektryczne. Do mieszkania dostały się szczury.

Staram się jak mogę…

O mieszkanie, w którym da się mieszkać  a przede wszystkim o pracę.  Pracowałam wiele lat jako pracownik administracyjno-biurowy w organizacjach pozarządowych.

Teraz do wszystkiego potrzebny Internet. Żeby szukać pracy (nawet CV trzeba wysyłać mailowo), żeby kontaktować się z córką…  Staram się więc o używanego laptopa lub notebooka.

Biorę udział w projekcie dla osób po uzależnieniach i traumach. Będę korzystać z doradztwa zawodowego i psychologicznego a także z zajęć komputerowych i kursów zawodowych; potem będę miała cztery miesiące płatnego stażu. Bardzo liczę na pracę za najniższą krajową, żeby startować z lepszej pozycji.

Wtedy będę mogła zawalczyć o widzenia z dziećmi, szczególnie z córką, która była ze mną bardzo związana. Nie chcę jej wyrywać z jej środowiska, ale chcę by miała jakiś kontakt ze mną. Jestem jej matką, która ją kocha i która ją zawsze wesprze… A wiem, że nie jest jej łatwo w rodzinie, w której żyje.

Zapisałam się do projektu Więzi odNowa; chcę lepiej sobie radzić w kontaktach z moimi dziećmi oraz z rodziną, która je wychowuje.

Musiałam mieć ze wszystkich przedmiotów oceny bardzo dobre. Gdy nie miałam, matka szła do szkoły i załatwiała je. Wtedy tego nie wiedziałam.
Nie mogłam zapraszać do domu żadnych koleżanek ani kolegów, nie mogłam też nikogo odwiedzać. Popołudnia miałam wypełnione nauką, korepetycjami (problemy w szkole były) bądź nauką gry na pianinie, której nienawidziłam, ale nie miałam nic do powiedzenia. Ojciec też nie. Potem chciałam być kierowcą rajdowym, więc wymyśliłam Politechnikę, wydział mechaniczny, kierunek samochody osobowe i ciągniki. Zostałam wyśmiana, bo jestem noga z matematyki. Pomyślałam o architekturze. Dowiedziałam się, że nie zdam matmy i rysunku, gdzież tam ja? No więc poszłam na WSP, na bibliotekoznawstwo, bo to jedyny kierunek niepedagogiczny, a ja niespecjalnie potrafiłam dogadać się z dziećmi; zaraz wchodzą mi na głowę. No więc skończyłam bezsensowne dla mnie studia, wyszłam za mąż za chłopaka, który mnie chciał, po roku urodziłam cudowną córkę. I wtedy szok. Te metody wychowawcze, które matka stosowała wobec mnie w ogóle mi nie pasowały!

To, że jestem adoptowana czułam od początku; nie potrafiłam tego nazwać, ale czułam. Inni mówili: „mamo, daj mi; mamo, dlaczego mi nie dałaś?”, a ja: „mamusiu, czy może mamusia?” … Pytałam kiedyś, dlaczego mam grupę krwi B, a rodzice 0? Matka rzucała sztućcami, zamknęła się w pokoju i ryczała, dopóki ojciec jej nie udobruchał; wtedy mogłam iść i ją przeprosić. Zresztą tak było przez całą podstawówkę i liceum, np. gdy przyniosłam dwóję.

Gdy miałam trzydzieści parę lat, to matka mi powiedziała, że jestem adoptowana, ale nie miało to już dla mnie żadnego znaczenia. Byłam oszukiwana przez całe życie i to w kwestii bardzo ważnej.

To była adopcja ukryta. W szpitalu, gdzie się urodziłam matka pracowała jako pediatra, więc przytrzymała sobie dziecko na oddziale przez pięć i pół miesiąca.

Relacje? Ojciec był. Wracał z pracy zmęczony o godz. 16.00. jadł obiad i kładł się na kanapie mówiąc, że boli go: głowa, brzuch, serce. Do wyboru do koloru. Albo wyjeżdżał na dwu, trzydniową delegację. Był głównym księgowym w dużym przedsiębiorstwie. Był dobry. Nigdy mnie nie uderzył, czasami bronił. Dawał kieszonkowe wbrew matce. Czułam, że jest separowany ode mnie, że matka chce mieć władzę nade mną i nie podzieli się nią z nikim. Matka – pediatra. Wariatka, histeryczka, bulimiczka; trójlicowa. Bałam się jej i nienawidziłam. I tak jest do dziś. Nie wiem, jak mogła pracować? Dziś, po kilku pobytach w szpitalu ma zdiagnozowany zespół psychogenny.
Ciężko żyć z uczuciem nienawiści do matki.

Jestem jedynaczką. Nie spotkałam się do tej pory z rodzicami biologicznymi. Żałuję.
Adopcja o tyle zaważyła na moim życiu, że zostałam pozbawiona swojej tożsamości, nie wiem, kim jestem, nie kształciłam się w wybranym przez siebie kierunku. Kiedyś, w podstawówce oglądałam dziennik telewizyjny, pokazywano jakąś katastrofę na zachodzie i lekarza czy ratownika, który wczołgiwał się miedzy ruiny, by poszkodowanemu, przysypanemu załączyć kroplówkę do momentu wyciągnięcia go z rumowiska. Ja też tak chciałam. Co z tego – ja nie mogłam. Będąc jedynaczką, córką głównego księgowego i doktor nauk medycznych, byłam jednym z najgorzej ubranych dzieci w szkole, jako ostatnia miałam rower, ciuchy byle jakie, cerowane przez pomoc domową, bo zawsze jakaś pomoc w domu była, sprzątała, gotowała, prała, prasowała itd. W podstawówce nikt nie mógł uwierzyć, że tak jest. W liceum też nie. Byłam takim dziwadłem, niby z normalnego domu, a jednak… Nikt u mnie nie bywał, ani ja u nikogo, nawet roweru nie miałam, za to stary zegarek po ojcu… I wszystkiego się bałam. Żeby było dziwniej, na ferie wyjeżdżałam z matką w góry: ja na narty, a ona „się poświęcała”. Znów na stoku wszyscy mieli już narty plastikowe, a ja dalej drewniane. Na wakacje letnie zawsze za granicę: Bułgaria, Grecja, Turcja, Jugosławia, zawsze na początku wakacji, potem do sanatorium, bo to matka mogła załatwić, w liceum na obóz. W sanatorium byłam dziwadło, bo zdrowa, w szkole byłam dziwadło, bo opalenizna do września zeszła, na obozach harcerskich byłam dziwadło, bo zawsze po znajomości wsadzona, nigdy dwa razy w to samo miejsce.
O, u zakonnic byłam dwa razy pod rząd. Potem zauważyłam, że myślenie mojej matki było takie: mieć dziecko jest ok, można się nim pochwalić, że jest, można ponarzekać, jakie kłopoty sprawiam i odłożyć do pokoju, koniec tematu dziecka. Wszystko po najmniejszej linii oporu…

Płomień
Zapalam płomień.
Gaszę go.
I tak codziennie przez wiele lat.
W decyzji żadnej nie ma mnie.
Co chwila zmiany.
Co chwila  tracę sens.
Lecz w głowie jedno
by wytrwać w czymś
by znaleźć sens
i stałą być.
Jakoś nie umiem tak żyć.
Miliony myśli
i jeden cel
by w końcu normalną być.
Zapalam płomień. Trzymam go.
Nie chcę już nigdy zgasić go.

Nie chcieli mnie
Chociaż wtedy byłam mała
i nie pamiętam teraz nic,
gdzieś tam w głowie
zakopane jak najgłębiej
jest to, że nie chcieli mnie.
Jest strach dziecka.
Bo oni woleli pić
robiąc krzywdę aż do dziś.
Bo wszystko co teraz,
z przeszłości koszmary
w psychice rany otwarte wciąż…
I teraz to ja muszę z tym żyć.
Bo was nie obchodziło wtedy nic.

Tato
Chciałabym wiedzieć jak to jest,
jak to jest mówić tato?
Tej cząstki życia brakuje mi.
Nie uzupełni tego już nikt.
Tak trudno mi z tym żyć
I normalnie funkcjonować dziś.
Ze świadomością, że
tego nie zmieni już nic
I słowa Tato nie powiem już.
Bo w moim życiu nie było go.
I muszę nauczyć się z tym żyć

Przygodę fascynującą ale też, jeśli tak można to określić, ekstremalną…
Wiele lat mojego adopcyjnego macierzyństwa to samotność, ciągła walka, czasem rozpacz i poszukiwania po omacku…
Zastanawiam się czego najbardziej brakowało mi w tym początkowym okresie…
– książek, poradników, które poleciłby nam jakiś fachowiec:  pracownica ośrodka adopcyjnego, lekarz czy nauczycielka…
– wsparcia, pomocy i rady ze strony specjalistów, informacji o terapii…
– znajomości jakiejkolwiek rodziny adopcyjnej czy zastępczej.
A co najbardziej mi przeszkadzało ?
– dwuznaczny klimat społeczny wokół zagadnienia adopcji,
– niejasności i niekonsekwencje prawne.
Dwuznaczność: bo z jednej strony byliśmy podziwiani (wiele osób uważało się za upoważnionych do chwalenia nas za nasz „bohaterski czyn”) a z drugiej strony bardzo często spotykaliśmy się z traktowaniem rodzicielstwa adopcyjnego jako „rodzicielstwa drugiej kategorii” (określenia: „dzieci z odzysku” czy „złodzieje dzieci”).
Nie raz zastanawiałam się skąd ta dwuznaczność. Może stąd, że aby jedna rodzina mogła się cieszyć i budować – wcześniej inna musiała przeżyć tragedię i porażkę.
W każdym razie to dwoiste postrzeganie społeczne adopcji owocuje też niespójnymi i niesprawiedliwymi przepisami prawnymi, które z kolei utrwalają i pogłębiają tabu i nakręcają spiralę nieporozumień (np. utajnienie i kłamstwo, niemożność odnalezienia się rozdzielonego rodzeństwa…)
Książka włoskiego psychoterapeuty Antonio D’Andrea pt. „Czas Oczekiwania” – przeznaczona dla kandydatów na rodziców adopcyjnych oraz dla specjalistów – bardzo pięknie mówi o adopcji jako o spotkaniu się dwóch światów. Aby mogło to być prawdziwe spotkanie, a nie zderzenie lub minięcie się – światy powinny być na siebie otwarte. I na to spotkanie odpowiednio przygotowane.
U nas – wtedy – przygotowania zabrakło… Zarówno my nie byliśmy od strony psychologicznej przygotowani jak i zapewne dzieci. Sam fakt, że nigdy nie pytały o nic konkretnego w związku ze swą przeszłością, świadczy, że chyba nie było z nimi wcześniej rozmów dotyczących tego czy ich biologiczna rodzina to „zamknięta karta”, a jeśli tak to dlaczego…
Od samego początku, jak tylko dzieci pojawiły się u nas, rozmawiałam z nimi o ich wspomnieniach – o rodzicach, rodzeństwie, domu dziecka, o mieście skąd pochodzą. Wielu rzeczy nie udawało się jednak odtworzyć. Nie było żadnego zdjęcia, dokładnych informacji o imionach, wieku, liczbie rodzeństwa…
Jak więc się czują dzieci, z którymi w nowej rodzinie nikt nie rozmawia o ich przeszłości, nikt nie jest ani trochę ciekaw niczego z ich wcześniejszego życia ? Wręcz jest to temat zakazany, przemilczany, skrzętnie omijany… Nieznane są często losy rodzeństwa, które poszło do adopcji (nierzadko nie udaje się nawet ustalić kraju).
Włoski autor porównuje adopcję do budowania mostu. Most, który łączy dwie przestrzenie – przestrzeń adopcyjnych rodziców z przestrzenią dziecka – aby mógł być stabilny i bezpieczny musi też łączyć dwa czasy: historię dziecka sprzed adopcji, wszystkie jego doświadczenia z rodziny biologicznej, a także placówek lub innych rodzin zastępczych – z nową, właśnie rozpoczynającą się historią wspólną. Bardzo dobrze oddaje to motto książki:
„Uzyskanie nowej tożsamości
nie oznacza zdradzenia poprzedniej,
lecz wzbogacenie własnej osoby o nowe doświadczenia”.

Jestem wychowankiem rodziny zastępczej. Wychowali mnie dziadkowie ze strony ojca. Oboje byli łódzkimi robotnikami, z podstawowym wykształceniem. Czas pokazał, że wychowali mnie raczej poprawnie. Nie miałem zatargów z prawem, mam własną rodzinę, 21 lat stażu małżeńskiego, skończone studia. Pracuję naukowo, założyłem własną firmę.

Według legendy rodzinnej to dziadek był tym, który – bez wahania – zadecydował o zabraniu opuszczonego i płaczącego trzylatka, którego znalazł zupełnie samego. Bo „rozrywkowi” rodzice zostawili mnie w domu, być może nie pierwszy raz, bez żadnej opieki. Moja matka poszła wówczas w świat; podobno na jakiś czas trafiła do więzienia. Nigdy jej o to nie zapytałem. Po paru latach, gdy miałem 6 – 7 lat, znowu pojawiła się na orbicie wokół mnie, wydaje się, że za sprawą swoich rodziców… Wychowująca mnie babcia pozwalała, z czasem, na coraz częstsze moje kontakty z matką. Pamiętam doskonale to pierwsze spotkanie, gdy zapytany przez babcię czy poznaję – zwróciłem się do matki per ciociu…

Mój ojciec (z dożywotnią tendencją do życia na rauszu) nie zajął się mną nigdy. Nie wiem, czy nie próbował, czy nie chciał… Czy to on – wraz ze swoimi rodzicami – podjął decyzję, czy też decyzję podjęli za niego. Jednak ojciec, przez całe moje dzieciństwo, pojawiał się raz po raz w moim życiu. Pojawiał się najczęściej nietrzeźwy. Widywałem się z nim zarówno u nas w domu jak i u mojej matki.Kontakt z rodzicami biologicznymi miałem przez większość mego dzieciństwa. Z ojcem bliższy niż z matką, najintensywniejszy gdy kończyłem podstawówkę.

Od 13 roku życia – od śmierci dziadka – byłem wychowywany już tylko przez babcię. Rodzice w jakimś okresie mieli ograniczone prawa rodzicielskie (nigdy mnie to nie interesowało; nie wykluczone, że matka miała je nawet całkiem odebrane). Pamiętam, że babcia wszczęła jakieś działania prawne, jednak zdaje się, że nigdy ich nie zakończyła.

Matka miała jeszcze dwoje dzieci z różnymi partnerami. Dzieci te wychowywała osobiście, przez większość czasu z moim ojcem. Rodzice rozeszli się, ale gdy urodziła się moja przyrodnia siostra (miałem wówczas 14 lat) zamieszkali ponownie razem. Z obojgiem rodzeństwa przyrodniego mam kontakt (choć nie nachalny) do dziś, a dzieci, które znalazły się u mnie w rodzinie zastępczej są dziećmi mojego przyrodniego brata.

Obecnie przechodzę wraz z żoną kurs dla rodzin zastępczych. Nie jest łatwo być rodzicem, a rodzicem zastępczym w szczególności.

Urodziłam się w Tychach. Matka biologiczna zostawiła mnie w szpitalu. Zrzekła się całkowicie praw rodzicielskich. O niej samej wiem niewiele: jak miała na imię i nazwisko… i w sumie tyle tylko. W aktach było napisane, że ojciec nieznany więc o nim już nie wiem nic. Moi rodzice adopcyjni po kilku miesiącach wzięli mnie ze szpitala do nowego domu w innym rejonie Polski. I ten etap kiedy tylko takie informacje miałam i nie potrzebowałam więcej trwał do ok. 14-15 roku życia. Z czasem zaczęłam bardziej dopytywać.

Teraz mając 26 lat chciałabym dowiedzieć się o rodzeństwie biologicznym, męczy mnie przeczucie, że matka biologiczna nie tylko mnie jedną urodziła. Ale jakoś ciągle oddalam próbę ewentualnego odnalezienia rodzeństwa i nawet dowiedzenia się czy takie w ogóle istnieje. Nie do końca też wiem jak to zrobić, gdzie się udać. Ale nie jestem także na 100% przekonana, że faktycznie chcę coś zmieniać w swoim życiu. Może lepiej aby zostało tak jak jest… Czasem ta niewiedza przygniata, szczególnie, że zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Tak więc chciałabym wiedzieć czy mam rodzeństwo.. Ale nie tylko takiej informacji potrzebuję…

Zdarza się, że odczuwam potrzebę odnalezienia matki biologicznej i zrobienia jednej z dwóch rzeczy: jeśli żyje -podziękowania jej za życie, które mi dała i za to, że zostawiła mnie w szpitalu a nie np. porzuciła czy zabiła, że dała mi szansę na normalne życie, rodzinę i dom; jeśli by się natomiast okazało, że matka nie żyje – odnalezienia cmentarza i zapalenia znicza na grobie. Może to głupie i mało realne: znaleźć cmentarz i grób ale… te dwie potrzeby odnośnie matki biologicznej to taka moja ,,misja” – abym mogła jej jakoś podziękować…

Dodatkowa potrzeba to rodzeństwo – abym przeszłość mogła zamknąć, by ta niewiedza o rodzeństwie biologicznym, o rodzinie, o moich korzeniach już się skończyła, by było to określone i wiadome. Brakuje mi narazie odwagi by się tym zająć, boję się, że może to spowodować za dużo zamętu w życiu, że mogę usłyszeć coś co by zabolało. Może się np. okazać, że matka nie otworzy mi drzwi… Jest jednak sporo różnych możliwości – dlatego sama nie wiem czy powinnam w to wnikać… Ciągle się miotam.